LEE SMOLIN w pracy Precedence and free will in quantum physics oraz CHARLE PIERCE w pracy Desing and chance przedstawili na poziomie koncepcji ABSOLUTNA SZANSE. Jest to alternatywa w stosunku do swiata bez pamieci , matematyki jako nauki o nieskonczonosci czy fizyki jako nauki o prawach bezczasowych. Na poziomie koncepcji SZANSA ABSOLUTNA jest trywialna . Pod wplywem precedensu dany proces zaczyna sie klonowac i przezywaja tylko sciezki wygrane , reszta ginie. Zasada precedensu czy szansy absolutnej wygrywa, gdy powstaja kopie danego ukladu i mozna przewidziec przyszle zachowanie ukladu zalezne od sciezek w przeszlosci. Oczywiscie diabel tkwi w szczegolach. W mojej pracy sa przedstawione izomorficzne sciezki od powstania wszechswiata, poprzez uporzdkowanie nieliniowe tablicy Mendelejewa do smierci programowanej twoich komorek. Na parze usd pln od 25 czerwca 2019 mamy precedens 97 dni w danym kierunku , 1 october 2019 , 6 january 2020. Dodatkowo tworzy sie q...
Trzydziestego pierwszego maja 1832 roku w paryskim szpitalu Cochin umierał dwudziestoletni chłopak z dziurą w brzuchu po strzale z pistoletu. Évariste Galois, twórca teorii grup i fundamentów nowoczesnej algebry wyższej, noc przed pojedynkiem spędził na gorączkowym spisywaniu na marginesach papieru struktur, które miały zmienić bieg matematyki. Na marginesach dopisywał z rozpaczą: „Nie mam czasu!”. Dlaczego genialny nastolatek musiał zginąć na bagnach paryskich przedmieść? Ponieważ ówczesny system akademicki, reprezentowany przez nietykalnych bogów matematyki ciągłej z Augustinem Cauchy’m na czele, odrzucił jego suwerenny kod poznawczy. Galois dwukrotnie zdawał do elitarnej École Polytechnique i dwukrotnie oblano go na egzaminach wstępnych. Profesorowie żądali bezmyślnego odtwarzania schematów i klepania regułek, podczas gdy Galois wykonywał gigantyczne operacje strukturalne bezpośrednio w głowie. Podczas drugiego egzaminu w 1829 roku, gdy jeden z profesorów zaczął brnąć w bzdurne, papierowe definicje tak zwanych logarytmów arytmetycznych, chłopak nie wytrzymał i rzucił w niego gąbką do tablicy. System natychmiast wypluł go poza nawias. Jego rewolucyjne manuskrypty były gubione przez biurokrację akademicką, a Joseph Fourier zmarł z pracą Galois w szufladzie, zanim ktokolwiek ją zrecenzował. Żywy Galois był dla akademickich klakierów zagrożeniem, bo rozbijał ich statyczny porządek. Martwy, po czternastu latach od zbycia go milczeniem, stał się bezpieczną ikoną do cytowania.Ta sama mechanika ślepoty i kontroli rządzi nauką dzisiaj, gdzie głęboki strukturalizm algebry został zastąpiony przez numeromanię i statystyczne przybliżenia komputerów. Współczesna nauka zachwyca się płynnym, probabilistycznym szacowaniem szans przez modele językowe i algorytmy, które potrafią wypluwać miliardy tokenów na sekundę, generując przy tym permanentną halucynację i szum informacyjny. Żyjemy w dyktaturze ciał liczb rzeczywistych i ciągłych aproksymacji, gdzie zapomniano, że prawda nie jest kwestią statystycznego prawdopodobieństwa ani rzucania kośćmi, lecz nienaruszalną architekturą niezmienników. Pod chaosem ciągłych przybliżeń kryje się idealna, dyskretna architektura topologiczna, którą oficjalna akademicka machina woli rozmywać na ułamki i przecinki, byle tylko utrzymać swoje rynkowe modele dopasowania parametrów.
ReplyDeleteTen upadek myślenia strukturalnego na rzecz cyfrowej i kapitałowej numeromanii widać idealnie w demaskacji współczesnego kapitalizmu edukacyjnego. Elitarne uniwersytety, z University of Oxford na czele, porzuciły jakiekolwiek pozory poszukiwania rzetelnej wiedzy i zamieniły się w drapieżne korporacje oraz feudalne folwarki. Dzisiejszy student zagraniczny musi zapłacić monstrualne czesne na poziomie od trzydziestu siedmiu do ponad sześćdziesięciu tysięcy funtów rocznie za samą możliwość wejścia w te trzystuletnie mury. Do tego dochodzi pełne przerzucenie kosztów utrzymania biologicznej infrastruktury na jednostkę – czynsz za nędzne pokoje akademickie sięgający ośmiuset funtów miesięcznie i całkowite koszty życia przekraczające dwa tysiące funtów miesięcznie. System pobiera czysty, gwarantowany zysk z czesnego, a student musi utrzymać się przy życiu sam. I co ta globalna korporacja oferuje w zamian za wybitne, przełomowe osiągnięcia intelektualne na uniwersyteckich konkursach? Parodię nagrody w wysokości dwudziestu pięciu lub pięćdziesięciu funtów wypłacaną jako bon do ich własnej księgarni Blackwell's czy Oxford University Press. Student wnosi unikalną wartość logiczną, a system daje mu wirtualny token o wartości obiadu, który student i tak musi wydać w ich własnym sklepie, kupując ich własny zadrukowany papier i akademickie pierdy. Koszt rzeczywisty tej nagrody dla uniwersytetu wynosi dokładnie zero. To samoreferencyjna pętla wyzysku: instytucja produkuje makulaturę, wycenia ją na pięćdziesiąt funtów, wręcza studentowi token, po czym odbiera go w kasie swojego sklepu, zamykając obieg energii wewnątrz własnego budżetu.Dlaczego setki ludzi babrają się w tym gównie, piszą eseje i walczą o te jałmużnicze bony? Nie dla żadnego prestiżu – to brednie. Robią to, ponieważ system ma absolutny monopol na przyznawanie uprawnień i dystrybucję rynkowej tożsamości. Aby dostać się do laboratorium, zaawansowanego sprzętu czy międzynarodowych grantów, badacz potrzebuje linijki w życiorysie, którą skanują biurokratyczni klakierzy. Ludzie wchodzą w stan syndromu sztokholmskiego i błędu kosztów utopionych: skoro wyłożyli setki tysięcy na czesne i życie, ich mózg desperacko potrzebuje jakiejkolwiek zewnętrznej pieczątki od profesora, by wmówić sobie, że to upokorzenie miało sens. A przy tym najgłębszą, skrywaną tajemnicą biznesową Oxbridge jest fakt, że tam nikt nie oblewa końcowych egzaminów, zwanych Finals. Podczas gdy na zwykłej, krajowej matematyce wydziały realizują mordercze sito i ze stu studentów na pierwszym roku do obrony licencjatu zostaje dwudziestu, oficjalny wskaźnik porzuceń i oblań w Oxfordzie wynosi zaledwie około jednego procenta. Dane publikowane w mediach przy okazji Good University Guide wprost ujawniają roki, w których na Finals nie oblał ani jeden zdający. Ponad dziewięćdziesiąt procent studentów kończy studia z najwyższymi dyplomami klasy First lub Upper Second. Dlaczego? Ponieważ student płacący pięćdziesiąt tysięcy rocznie to żywa obligacja o wartości ćwierć miliona funtów. Oblanie klienta na ostatniej prostej byłoby wizerunkowym i finansowym samobójstwem dla korporacji. Jeśli bogaty student z zagranicy lub potomek megasponsora wpłacającego miliony funtów na fundowanie całych katedr załamuje się psychicznie lub merytorycznie, system nie stawia mu oceny niedostatecznej. Stosuje się wtedy instytucjonalny trik zwany rustykacją – oficjalne zawieszenie studiów na rok ze względów zdrowotnych. Student znika ze statystyk egzaminacyjnych, wraca po roku i dalej płaci swoje czesne. Egzamin końcowy nie służy do weryfikacji wiedzy, lecz do podstemplowania umowy handlowej.
ReplyDeletePrawdziwa katastrofa tego kapitalistycznego samozadowolenia ujawnia się jednak przy zderzeniu z brutalną prawdą o ludzkim biologicznym kodzie przetrwania. Kiedy Czesław Miłosz pisał w Paryżu i Berkeley swój słynny traktat Zniewolony umysł w 1953 roku, uważał ludzi budujących Polskę Ludową za zmanipulowanych niewolników ideologii, którzy połknęli pigułkę Murti-Binga. Sam uciekł na Zachód, pracując wcześniej w dyplomacji komunistycznej, i wychowywał swoich dwóch synów, Anthony'ego i Piotra, w bezpiecznej emigracyjnej izolacji, by ostatecznie osiąść na luksusowej profesurze w Berkeley. Tymczasem w tym samym stalinowskim okresie, rzekomo zniewolony naród w kraju podjął gigantyczne, trzydziestoletnie wyzwanie cywilizacyjne i biologiczne. Dokonano masowej elektryfikacji wsi, zlikwidowano analfabetyzm i otwarto uniwersytety dla każdego, bez względu na pochodzenie. Co najważniejsze, współczynnik dzietności w zniszczonej Polsce wynosił wtedy około trzech i pół do prawie czterech dzieci na kobietę. Ludzie masowo dawali życie nowym pokoleniom, wykazując absolutną żywotność kodu biologicznego i wiarę w sens istnienia. Gdzie jest zniewolony umysł dzisiaj, w dobie rzekomej wolności kapitalistycznej? Strach przed aparatem partii został zastąpiony paraliżującym lękiem przed rynkiem, utratą pracy i pętlą kredytów hipotecznych. Współczynnik dzietności w dzisiejszej Polsce zanurkował do katastrofalnego poziomu jednego dziecka na kobietę. Wolni konsumenci zostali tak skutecznie wysterylizowani mentalnie przez system rynkowy, że dobrowolnie rezygnują z przekazywania życia, analizując przed ekranami smartfonów koszty posiadania potomstwa. Prawdziwie zniewolony umysł to ten dzisiejszy – przerażony utratą komfortu, spędzający życie na pracy dla korporacji, podczas gdy za Stalina, mimo zewnętrznego terroru, tkanka biologiczna pulsowała potężną dylatacją.
ReplyDeleteSzczytem tej akademickiej hipokryzji, gdzie wielka nauka i formalne teorie służyły do maskowania prywatnego i instytucjonalnego zgnilizny, była ikona Uniwersytetu w Berkeley – Alfred Tarski. Człowiek, który dał światu najbardziej rygorystyczną, matematyczną definicję prawdy w logice, prywatnie był autokratycznym tyranem zniszczonym przez nałogi i drapieżnikiem seksualnym. Monografia biograficzna pióra Anity i Solomona Fefermanów bezlitośnie obnaża kulisy jego logicznego imperium. Tarski, będący człowiekiem bardzo niskiego wzrostu, uciekł z Warszawy w sierpniu 1939 roku na ostatnim statku do USA, zostawiając w kraju żonę Marię i dwoje małych dzieci, Jana i Inę. Podczas gdy on budował pozycję na Harvardzie i w Berkeley, jego rodzina przechodziła przez koszmar okupacji i Powstania Warszawskiego, a cała jego żydowska rodzina została wymordowana przez nazistów. Gdy żona dołączyła do niego w Kalifornii w 1946 roku, zastała człowieka głęboko uzależnionego od tytoniu, alkoholu oraz amfetaminy. Tarski brał regularnie benzedrynę, aby wytrzymać nocne maratony badawcze. Zmuszał swoich doktorantów do pracy w zadymionych, zamkniętych gabinetach do wczesnych godzin porannych, terroryzując ich wahaniami nastroju. Wykorzystując swoją absolutną pozycję jedynego recenzenta, od którego zależało być albo nie być młodych naukowców, Tarski bezkarnie molestował i uwodził swoje studentki oraz doktorantki, utrzymując z wieloma z nich długoletnie romansowe relacje, na co ówczesne Berkeley, dbające o prestiż mistrza, całkowicie przymykało oczy. Co więcej, w tym amfetaminowym folwarku dochodziło do regularnego przejmowania i kradzieży pomysłów. Tarski żądał od studentów referowania ich surowych konceptów na nocnych seminariach, po czym wpisywał się jako współautor lub przejmował twierdzenia, argumentując, że wynikają one z jego wcześniejszych uwag. Gdy jedna ze studentek powierzyła mu maszynopis swojego przełomowego dowodu logicznego, Tarski udostępnił go swojemu koledze z departamentu, który opublikował wyniki jako własne. Próby walki o prawdę skończyły się dla tej kobiety zniszczeniem kariery i usunięciem z uczelni. Jego żona Maria szybko przejrzała ten fałsz – zażądała całkowicie oddzielnej sypialni, odcięła się od jego nocnych orgii naukowych i traktowała go z chłodną pogardą, zostawiając wielkiego logika w całkowitej domowej samotności.To jest ta prawdziwa, nienaruszalna rzeczywistość. Zdanie Tarskiego „śnieg pada jest prawdziwe wtedy i tylko wtedy, gdy śnieg pada” to papierowa fikcja dla naiwnych. Rzeczywista prawda Berkeley epoki Tarskiego to amfetamina, molestowane studentki, kradzione dowody matematyczne i strach przed despotą, za wejście w relację z którym dzisiejsi studenci płacą dziesiątki tysięcy funtów, licząc na to, że system rzuci im na koniec ochłap w postaci bonu na książki.
ReplyDeleteModel biznesowy a selekcja państwowaZachód (Model komercyjny): Student z zagranicy to klient premium i żywa obligacja [1]. System (np. Oxbridge czy Ivy League) pobiera monstrualne czesne (35–60 tys. GBP) [1], w zamian oferując parasol ochronny i niemal gwarantowany dyplom [1]. Sito rekrutacyjne działa na wejściu, ale po opłaceniu czesnego wskaźnik oblań spada w okolice 1% [1].Chiny (Model morderczego sita): System opiera się na bezwzględnej, państwowej merytokracji. Przepustką jest piekielnie trudny egzamin państwowy Gaokao. Pieniądze rodziców nie kupią taryfy ulgowej na elitarnych uczelniach krajowych (Tsinghua, Peking University) – tam liczy się wyłącznie twardy wynik i dyscyplina.📜 Status dyplomu na rynku pracyZachód (Klub prestiżu): Dyplom jest przepustką do zamkniętego klubu towarzyskiego (old boys' network). Liczy się marka i linijka w CV, która ma otwierać drzwi do korporacji, często bez względu na realną, głęboką wiedzę strukturalną absolwenta [1].Chiny (Weryfikacja algorytmiczna): Całkowity zmierzch ślepej wiary w zachodnie dyplomy (zjawisko Haidi – „morskiego dna”). Chińscy pracodawcy technologiczni (Huawei, Tencent) ignorują prestiżowe logotypy. Kandydat przechodzi przez brutalne, wewnętrzne testy kompetencji weryfikowane przez algorytmy w czasie rzeczywistym. Jeśli system na Zachodzie przepchnął studenta na kroplówce, chiński test natychmiast to obnaży.🔬 Paradygmat naukowy i cel edukacjiZachód (Numeromania i biurokracja): Nauka została w dużej mierze sformatowana pod rynkowe wskaźniki, granty i punkty za publikacje [1]. W naukach stosowanych dominuje probabilistyka, statystyka i komercyjne modele dopasowania parametrów (szum informacyjny modeli językowych) [1].Chiny (Strukturalizm i suwerenność technologiczna): Edukacja wyższa jest traktowana jako strategiczny zasób w globalnej wojnie technologicznej (AI, mikroprocesory, kwanty). Państwo inwestuje w twardą naukę i niezależność, czego symbolem jest budowanie własnych, suwerennych systemów certyfikacji (jak chiński system CSCA wprowadzony pod koniec 2025 roku), całkowicie odciętych od zachodnich standardów biurokratycznych.
ReplyDeleteNauka i nauczanie w Polsce to system oparty na bezpłatnym szkolnictwie wyższym (na studiach stacjonarnych), który w teorii stawia na powszechną dostępność, ale w praktyce zmaga się z ogromnym odsiewem studentów, chronicznym niedofinansowaniem oraz biurokracją.W kontekście naszej rozmowy o „parodii wiedzy” na Zachodzie i „morderczym sicie” w Chinach, polski system plasuje się dokładnie pośrodku – ma w sobie zarówno elementy surowej selekcji, jak i głębokie patologie systemowe.Oto brutalny i realistyczny obraz tego, czym jest polska nauka i edukacja wyższa:1. Masowy „Drop-out” zamiast zachodniego parasolaW przeciwieństwie do Oxfordu, gdzie zdawalność wynosi 99%, polskie uczelnie to fabryki masowego testowania odporności psychicznej.Mordercze statystyki: Oficjalne dane Ministerstwa Nauki i Polskiej Komisji Akredytacyjnej pokazują, że aż 40% studentów w Polsce rezygnuje ze studiów lub zostaje z nich skreślona przed uzyskaniem dyplomu (tzw. zjawisko drop-out). Na trudnych kierunkach politechnicznych, medycznych i matematycznych sito sesji zimowej pierwszego roku potrafi odsiać 50-60% ludzi.Brak opieki: Na polskich uczelniach publicznych nikt nie ciągnie studenta za uszy. Jeśli pijesz, olewasz lub po prostu nie rozumiesz materiału – system bezwzględnie Cię wypluwa. Nie ma tu darmowych tutorów ani przymykania oka, ponieważ studia stacjonarne są darmowe, więc student nie jest dla uczelni „klientem premium”, którego strata oznacza bankructwo.2. Finansowa nędza i ucieczka mózgówPolski system finansowania nauki jest zaprzeczeniem zachodnich budżetów.Nakłady budżetowe na naukę i szkolnictwo wyższe w Polsce oscylują wokół zaledwie 1% PKB, co jest jednym z najniższych wskaźników w regionie.Profesorowie i doktoranci zarabiają relatywnie niewiele, co sprawia, że najwybitniejsze umysły uciekają do biznesu, korporacji lub za granicę. Uczelnie nie mają funduszy na nowoczesne laboratoria, przez co polska nauka rzadko tworzy patenty zmieniające świat, skupiając się na odtwarzaniu wiedzy z Zachodu.3. „Punktoza”, czyli polska biurokracja naukowaJeśli na Zachodzie rządzi kapitalizm i pieniądz, to w polskiej nauce rządzi „punktoza”.Polski naukowiec nie jest rozliczany z tego, czy odkrył coś przełomowego (jak Galois). Jest rozliczany z tego, ile punktów zdobył za publikacje w czasopismach z oficjalnej listy Ministerstwa Nauki.Doprowadziło to do parodii nauki: badacze zamiast prowadzić realne, ryzykowne badania, piszą masowo bezpieczne, nikomu niepotrzebne artykuły, żeby tylko „wklepać się” w biurokratyczny algorytm i utrzymać etat.4. Pułapka masowości (Edukacja vs Rynek)Po 1989 roku w Polsce nastąpił boom na dyplomy wyższe. Powstały setki prywatnych wyższych szkół „humanistyczno-menedżerskich”, które za niewielkie czesne masowo produkowały magistrów marketingu czy politologii.Doprowadziło to do dewaluacji dyplomu. Rynek pracy szybko zweryfikował te kompetencje – posiadanie magistra przestało gwarantować dobrą pracę.Współcześnie polskie uczelnie próbują ratować sytuację (Ministerstwo wdraża programy mające ograniczyć porzucanie studiów), ale system wciąż cierpi na niedopasowanie programów nauczania do realiów technologicznych.Podsumowanie: Gdzie jest prawda?Polski system ma jedną gigantyczną zaletę: jest demokratyczny. Jeśli jesteś zdolny i wytrwały, możesz skończyć elitarną politechnikę lub uniwersytet całkowicie za darmo, bazując na własnej ciężkiej pracy. Nie musisz być synem szejka.
ReplyDeleteGlobalny szwindel w togach: Jak kupić geniusza za cenę obiaduWyobraź sobie następującą scenę: stoisz w trzystuletniej, ociekającej złotem i historią auli. Wokół Ciebie unosi się zapach drogiego drewna i starych książek. Na podwyższeniu, w purpurowej todze wartej więcej niż roczny budżet niejednej polskiej rodziny, siedzi on – Rektor. Magnat edukacyjnej korporacji, król feudalnego folwarku. Przed nim stoi chłopak lub dziewczyna. Absolutny top globalnego intelektu. Geniusz, który przez ostatnie trzy lata nie dosypiał, oddawał krew, pot i zdrowie psychiczne, by roztrzaskać barierę ludzkiego poznania w matematyce czy fizyce.Rodzina tego dzieciaka przetransferowała na konto tej instytucji ponad 50 000 funtów szorstkiej, żywej gotówki za sam rok wchodzenia w te mury. Przez cały okres studiów oddali tej korporacji ćwierć miliona funtów, zostając z pustym kontem i modlitwą, by ta potworna inwestycja kiedykolwiek się zwróciła. Student wniósł unikalną, czystą wartość logiczną – software, którego ta uczelnia sama nie potrafi wyprodukować.I teraz następuje moment kulminacyjny tego surrealistycznego cyrku. Moment nagrody.Rektor, z wyćwiczonym, protekcjonalnym uśmiechem globalnego CEO, wyciąga dłoń. Atmosfera gęstnieje od patosu. Czy wręcza mu stypendium naukowe na 100 000 funtów? Czy daje mu realny kapitał na założenie startupu lub laboratoria, które zmienią bieg nauki?Nie. Wręcza mu papierowy bon na dwadzieścia pięć funtów.To nie jest parodia. To jest plucie w twarz ubrane w ceremoniał. Koszt rzeczywisty tej nagrody dla uniwersytetu wynosi dokładnie zero. Dlaczego? Ponieważ ten wirtualny żeton o wartości marnego obiadu w Londynie student może zrealizować wyłącznie w ich własnej księgarni – Blackwell's czy Oxford University Press. System inkasuje 50 tysięcy rocznie w twardej walucie, a najlepszemu z najlepszych oddaje wydrukowaną przez samego siebie makulaturę, odbierając ten token z powrotem w kasie swojego własnego sklepu. Obieg energii zamyka się idealnie wewnątrz ich budżetu, a student zostaje odprawiony z uściskiem dłoni i poczuciem, że właśnie dotknął sacrum.To nie jest „szacunek do tradycji”. To jest bezwzględna tresura posłuszeństwa.W ten sposób globalny kapitalizm edukacyjny kastruje nieszablonowe umysły już na starcie. Komunikat jest prosty i brutalny: „Twój potężny mózg i twoje tytaniczne osiągnięcia są dla nas warte tyle, co parówka na dworcu. Masz być wdzięczny za ochłap i naszą pieczątkę w CV. Masz nauczyć się zginać kark przed instytucją, bo bez naszej linijki w życiorysie jesteś nikim”.Najbardziej przerażające w tym teatrze nie jest jednak skąpstwo rektora. Najbardziej przerażający jest fakt, że ten zmanipulowany, młody geniusz stoi tam, czerwony z emocji, trzyma w spoconej dłoni ten papierek na 25 funtów i czuje autentyczną dumę. Syndrom sztokholmski osiągnął tu punkt krytyczny – człowiek, którego rodzina została doszczętnie wydrenowana z pieniędzy, cieszy się z jałmużny, bo wmówiono mu, że kupuje za nią „nieśmiertelny prestiż”. To triumf czystego marketingu nad ludzką godnością i rozumem.
ReplyDeleteDobrowolne niewolnictwo elit: Jak młodzi geniusze dali się mentalnie wykastrowaćNajbardziej obrzydliwa w całym tym edukacyjnym szwindlu nie jest wcale bezczelność rektorów ani drapieżność uniwersyteckich księgowych. Najbardziej odrzucający jest widok samych studentów. Ludzi rzekomo wybitnych, obdarzonych potężnymi umysłami, którzy dobrowolnie, z uśmiechem na twarzach, wchodzą w rolę potulnego bydła rzeźnego, gotowego zapłacić za własny sznur.Ci młodzi ludzie, zamiast być rebeliantami, nowymi Galoisami rozbijającymi skostniały system, stali się zwykłymi, snobistycznymi niewolnikami własnego ego.Spojrzenie na nich w momencie odbierania tego nędznego bonu na 25 funtów wywołuje dreszcz żenady. Stoi taki intelektualny tytan przed rektorem, czerwony z emocji, niemal trzęsie się ze wzruszenia, trzymając w spoconej dłoni świstek papieru o wartości paczki papierosów. Jego mózg potrafi rozwiązywać równania różniczkowe w pamięci, ale nie potrafi wykonać prostego dodawania: 50 000 funtów długu rocznie kontra 25 funtów jałmużny do wydania w sklepie pana. To nie jest geniusz. To jest porażka podstawowej inteligencji życiowej. To kliniczny przypadek syndromu sztokholmskiego podstemplowany akademicką pieczątką.Dlaczego oni na to pozwalają? Ponieważ współczesny student elitarnych uczelni to potworny tchórz, sterowany wyłącznie dwiema prymitywnymi emocjami: dziką próżnością i paraliżującym strachem.Próżność: Oni nie chcą zmieniać świata ani szukać prawdy. Oni chcą logotypu. Chcą móc wrzucić na LinkedIna zdjęcie w todze na tle gotyckich murów, żeby nakarmić swoje narcystyczne ego i pokazać znajomym z rodzinnego kraju: „zobaczcie, jestem w wyższej kaście”. Dla tej taniej, wirtualnej dopaminy są w stanie znieść każde systemowe upokorzenie.Strach: To armia sformatowanych, przerażonych konformistów. Panicznie boją się, że jeśli nie zgną karku przed profesorem, jeśli nie wejdą w ten biurokratyczny teatr, to rynek ich wypluje. Ich horyzont myślowy kończy się na zostaniu korporacyjnym trybikiem w City w Londynie czy na Wall Street. Oddają swoją wolność intelektualną za obietnicę wygodnej smyczy w korporacji.Współczesny student Oxfordu czy Harvardu to idealny produkt końcowy kapitalizmu edukacyjnego – całkowicie mentalnie wysterylizowany. Dawniej studenci wywoływali rewolucje, palili uniwersytety w obronie idei, rzucali wyzwanie systemom. Dzisiejsi „najlepsi z najlepszych” to potulni klienci, którzy grzecznie stoją w kolejce, płacą miliony, a na koniec dziękują za to, że system pozwolił im kupić ułudę własnej wyjątkowości.Są tak dumni ze swojej rzekomej elitarności, że nie zauważają, iż są tylko płatnymi statystami w luksusowym cyrku, z którego zyski i tak zgarnia ktoś inny. Zamiast architektami nowej rzeczywistości, stali się najdrożej opłaconymi niewolnikami w historii.
ReplyDelete